Feminizm to za mało

pussy - Feminizm to za mało

Wczoraj zadzwoniła do mnie przyjaciółka. Żaliła mi się, że dziś ma jakąś mega ważną imprezę w pracy (urząd) i pewnie dziadersi nie darują sobie i wręczą jej kwiaty. W końcu zabierają ją tam jako paprotkę. Jak nie przyjąć tych kwiatów, jak ich zripostować? Jak im powiedzieć, że zamiast dostawać kwiaty, wolałaby zarabiać tyle, co koledzy? I tak je przyjmie, bo inaczej będzie kwas. Oh sweet summer child! Olać chabazie. 

Jestem znudzona, zblazowana, cyniczna. Tęsknię do czasów, gdy na serio te cholerne wiechcie tulipanów na dzień kobiet był ważnym feministycznym tematem. Chociaż nie, wcale nie tęsknię. Od tego czasu wszystko się skomplikowało, albo po prostu dorosłam. 

Oczywiście, że potrzebujemy feminizmu, ale coraz bardziej czuję, że feminizm to nie wszystko. Nawet jeśli będziemy interpretować go najszerzej jak się da. 

Kiedy lata temu czytałam “Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa” nie zgadzałam się mocno z Engelsem, który twierdził, że równouprawnienie kobiet nie dokona się zanim nie dokona się komunistyczna rewolucja, która zniesie stosunki patriarchalne. No bo przecież kobiety uzyskały prawa wyborcze, a potem wiele innych praw, a rewolucja naprawdę nigdzie na świecie tak do końca się nie udała do dziś, cokolwiek próbują nam wcisnąć w podręcznikach historii. Ale przez lata przemyślałam sprawę i zwracam honor Fryderykowi. Wywalczenie praw przez jakąś grupę w ramach patriarchatu to nie jest zniesienie patriarchatu. Czy to zniesienie będzie wynikać z komunistycznej rewolucji czy czegokolwiek innego, czego jeszcze nie wymyśliliśmy.

Nadal żyjemy w kapitalizmie, w patriarchacie, są nierówności, niesprawiedliwość, wojny i katastrofa klimatyczna i nie mamy większego wyboru jak tylko jakoś w tym środowisku funkcjonować.

Jestem zmęczona dyskusją o tym, jaki powinien być feminizm. Co to nam daje? Kłótnie i kolejne zablokowane koleżanki na fejsbuku. Przekonanie, że na koniec dnia i tak idziesz sama. Rozczarowanie, że nie ma żadnej solidarności. Czuję, że czas na dyskusje przecieka nam między palcami, bo świat wymaga od nas działania, nie gadania. 

Ponoć jednym z najbardziej wkurzających przekonań na temat społecznej roli kobiet jest to o kobiecie-opiekunce, która wszystkim się zajmie. Są feministki, które mają dość tego, że ktoś oczekuje od nich zajmowania się problemami wszystkich, a one chcą się skupić na prawach kobiet. Nie dziwię się, można być zmęczoną. Ale sama mam wyjebane na ten stereotyp. Właściwie wolałabym, żeby każdy człowiek odnalazł w sobie tę rolę opiekuna i przejął się losem innych grup społecznych niż tylko własna. Nie chodzi o to, że trzeba się we wszystko angażować i wszystkim pomagać, fajnie jest po prostu nie przeszkadzać.

Można skupić się na swojej działce, bo i nie da się fizycznie robić wszystkiego, ale nie da się być feministką w próżni. Nasze doświadczenia i problemy przeplatają się i krzyżują z doświadczeniami i problemami innych grup. Nie jesteśmy monolitem. I nie wszystko kręci się wokół kobiet. Tak to rozumiem i odczuwam. Liberalny, biały feminizm to urządzanie się w patriarchacie. Intersekcjonalny feminizm jest skomplikowany i nie mamy pewności, czy o czymś nie zapomina. Socjalny feminizm daje dość jasne odpowiedzi, ale nie odpowiada na wszystko. 

Jestem feministką, ale feminizm to za mało. Dla mnie to za mało. To już nie 2016 rok, żeby wciąż tkwić w dziecięcej chorobie feminizmu i myśleć tylko o tym, że zaorze się patriarchat prawami kobiet. Wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane. 

Jeśli mamy ratować świat to feminizm musi być o jebaniu patriarchatu na pełnej i dla wszystkich. Albo przyznajmy, że samym jednym feminizmem nie naprawimy świata, więc po prostu musi on być częścią czegoś więcej. Tak po prawdzie to jest. Ciągle krzyczymy na protestach, że prawa kobiet to prawa człowieka, ale nie zawsze o tym pamiętamy. Nie zawsze jak jesteś feministką to jesteś jednocześnie przyzwoitym człowiekiem. A chyba o to przede wszystkich chodzi.

To wszystko brzmi jak nędzna odezwa bez żadnych konkretnych pomysłów na działania. Ale tak naprawdę piszę tu o konfrontacji z własnymi wyobrażeniami o tym, czym feminizm jest i dokąd ma nas zaprowadzić. Nie jestem nawet zawiedziona feminizmem. Co najwyżej jestem zawieziona pokładaniem w nim całej nadziei. Wszystkie byłyśmy małymi dziewczynkami w feminizmie jeszcze kilka lat temu. Dzisiejszy świat jest zupełnie inny. A będzie jeszcze trudniej. I to jest przerażające, ale jednocześnie daje nam szansę wymyślić feminizm od nowa.

Zobacz także

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Obserwuj