Ludzie się zmieniają. Ludzie się nie zmieniają. Nie wiadomo, co gorsze

294249015 386779830111977 2226835104216060693 n - Ludzie się zmieniają. Ludzie się nie zmieniają. Nie wiadomo, co gorsze

Najbardziej boję się ludzi, którzy się nie zmieniają. Czuję się oddzielona od wcześniejszych wersji siebie. Jednocześnie szukam też z nimi kontaktu i wspólnoty. Mam wrażenie, że ona gdzieś jest, a moje wyobrażenie o oddaleniu jest, no cóż… moim wyobrażeniem. My z przeszłości jesteśmy w końcu w naszej pamięci bardziej narracją o nas samych niż prawdziwymi osobami. Być może zmieniamy się mniej niż nam się wydaje. A być może bardziej. Tylko jak to osądzić?

Najbardziej dziwię się ludziom, którzy mówią, że ludzie się nie zmieniają. Łatwo tak powiedzieć. Łatwo siać defetyzm. Łatwo odebrać sprawczość i nadzieję. 

Oczywistość: codziennie widzimy, jak zmienia się świat, jak zmieniają się ludzie, jak zmieniamy nasze poglądy. Pewnego dnia dostajemy jednak komunikat, że już pora dorosnąć. Część z nas, zadowolona z tego, do czego dorosła, interpretuje go w taki sposób, że już nie trzeba się zmieniać. Może nawet nie wypada.

Nie chodzi o to, że zawsze jesteśmy niewystarczający. Ani o to, że trzeba wiecznie się rozwijać. Niech szlag trafi rozwój osobisty w jego opresyjnym kapitalistycznym wydaniu! Chodzi o otwartość i zwykłą ludzką autorefleksję. Powiedzieć sobie, że ludzie się nie zmieniają to jak dać sobie pozwolenie na popełnianie wciąż tych samych błędów, których jesteśmy doskonale świadomi i tak naprawdę wcale nie chcemy popełniać. Oraz przyzwolenie na arbitralne skreślenie osób, które zasługują na drugą szansę. To równie chujowe jak naiwne założenie, że jesteśmy w stanie kogoś zmienić na nasz obraz i podobieństwo. 

Ten wpis będzie o tym, jak nasze zapatrywanie na ludzką zmienność/niezmienność przekłada się na związki.

Istnieje cała masa przekonań na ten temat, którymi wyjaśniamy sobie świat i na podstawie których doradzamy innym. Większość szkodliwa. Ostatnio paru znajomym pokończyły się związki. Mogłabym napisać, że posypały, ale nie wiem, komu się posypało w dramatycznym tego słowa znaczeniu, a u kogo po prostu był koniec. No i zdarzyło się tak, że usłyszałam (znów!) opinię, że może te pary były źle dobrane (bo w domyśle: ludzie się nie zmieniają).

Jak coś się kończy to niekoniecznie dlatego, że od razu było skazane na porażkę. Koniec może być porażką, ale wcale nie musi. Może po prostu być końcem czegoś, co kiedyś było fajne. This is life.

Wiele z naszych oczekiwań wobec ludzi w związkach bierze się z tego, jak wyobrażamy sobie życie w monogamii. Teraz będzie kontrowersyjna opinia/dygresja: nie uważam żeby monogamia była jedynym moralnym wyborem. Nie praktykuję poliamoryczności, wobrażam sobie to jako dość wyczerpującą praktykę, aczkolwiek jestem sobie w stanie wyobrazić również, że osoby żyjące w takich związkach są a) szczęśliwe b) uczciwe wobec siebie nawzajem c) nikt nie jest pokrzywdzony. Dla mnie okej jeśli jesteście w stanie ogarniać związek z więcej niż jedną osobą. Jeśli nikt nie jest oszukiwany czy wykorzystywany nie ma w tym nic niemoralnego. Umówiliśmy na monogamię. Nie jesteśmy gatunkiem, któremu biologia takie zachowanie nakazuje. To tylko i aż kultura. 

Na potrzeby tego wpisu zostajemy w kręgu monogamii. Mamy jednocześnie jedną osobę partnerską w tym samym czasie, jak chcemy być z kimś innym to nie na boku i w tajemnicy, tylko się rozstajemy i wchodzimy w nowy związek, skoro nie akceptujemy związków poli.  Żyjemy w XXI wieku i zasadniczo w ten właśnie sposób rozumiemy dziś monogamię (bo gdybyśmy żyli w wieku XIX to raczej tak, że żona była dziewicą przed ślubem,  jest wierna i nie miewa orgazmu, a mąż chodzi do burdelu). 

Tylko, że nie do końca się w tym współczesnym rozumieniu odnajdujemy. Niby rozwody są normalne i społecznie akceptowalne, bo mamy rok 2022 i pukamy się w czoło słuchając o pomysłach ordo iuris, ale wciąż wierzymy w mit miłości na całe życie, księcia z bajki i dobór idealny. Jeśli wasze drogi się rozeszły to znaczy, że od początku coś było nie tak. Dobraliście się źle. Być może związaliście się ze sobą zbyt młodo. Może nie wszystko przewidzieliście.

Spoko. Jesteś w stanie powiedzieć, kim będziesz za 10 lat? Nie kim chcesz i planujesz, jak na rozmowie kwalifikacyjnej, ale jaką osobą będziesz? Ja też nie.

Zdaje się, że tak naprawdę społeczeństwo rozumie monogamię jako związek na całe życie bardziej niż posiadanie jednego partnera w tym samym czasie. To jest ideał (szkoda, że taki opresyjny). Jak te łabędzie, które wiążą się w pary na zawsze, chociaż tak naprawdę najczęściej tylko na kilka sezonów. Ale po co psuć sobie bajki?

Skoro ideałem, do którego dążymy jest związek na całe życie bo kultura, religia, oczekiwania społeczne i nasze marzenia mówią nam, że inne są nic niewarte, stawka jest naprawdę wysoka. Trzeba wybrać dobrze. Bo przecież ludzie się nie zmieniają, więc nie możesz liczyć na to, że sobie chłopa czy babę wychowasz. Jednocześnie się zmieniają, czasami na gorsze i nie zawsze jest tak, że byli tacy od zawsze, chociaż to też popularne uproszczenie. Więc trzeba wybierając mocno antycypować. 

Ta narracja o dobrym wybieraniu partnera jest oczywiście zrozumiała. Boimy się źle zainwestowanych uczuć, zdrad, porzuceń, krzywd i rozczarowań. Chcemy dołożyć wszelkiej staranności, żeby nie cierpieć i się nie sparzyć.

Ludzie radzą nam, że trzeba mądrze wybrać. A jak się sparzymy czasem powiedzą, że trzeba było wybrać lepiej. Widziały gały, co brały. Serio widziały? Nikt nie mógł zostać oszukany, nikt nie mógł się zmienić? Niczyje drogi nie mogły się rozminąć?

Ludzie radzą na przykład: “Najważniejsze to dobrze wybrać partnera/ojca dla swojego dziecka” – to takie mądre zdanie wytrych, pojawiające się często w tekstach dotyczących np. kompletowania wyprawki. Z pozoru oczywiste i niewinne, nie stoją za nim złe intencje. Co może być w tej narracji problematycznego?

Wybieramy sobie partnerów według naszej najlepszej wiedzy o nich w danym czasie i naszej aktualnej świadomości tego co jest i nie jest okej. Poza tym zwykle jesteśmy przy tym zabujanx. Mówieniem o dobrym wybieraniu partnerów implikujemy przyszłe przerzucanie na samych siebie odpowiedzialności za złe wybory. To nie leży zbyt daleko od przerzucania winy na ofiary, a to jest na maxa problematyczne. Nie wspominając już o tym, że czasami nikt nie został skrzywdzony, a wybory wydają nam się złe dopiero z perspektywy czasu. Gdy na przykład wiemy już, że to nie było na zawsze. Bo jak wiadomo ludzie się zmieniają lub nie zmieniają i nie wiadomo, co gorsze.

Zobacz także

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Obserwuj