Czarnek, siadaj, pała! Czyli w-f i polityka ciał

img 9610 1 - Czarnek, siadaj, pała! Czyli w-f i polityka ciał

Nienawidziłam wuefu. To znaczy w liceum było okej. Nauczyciel najbardziej troszczył się o dziewczyny, które coś tam trenowały, więc całej reszcie zwykle rzucał piłkę do siatki, żebyśmy sobie grały i szedł z drugim wuefistą pić alko do kantorka, chociaż ja go tam nigdy nie przyłapałam. Nawet jak przychodziło do sprawdzianów, więcej było śmiechu niż dramatów, bo chyba wszyscy podchodziliśmy do tego na luzie. 

Dramat był w podstawówce.

W tym najbardziej newralgicznym okresie życia, który młodsi ode mnie pamiętają jako gimnazjum. Wtedy to przeszłyśmy z dziewczynami z klasy spod skrzydeł Shazzy, która właściwie była nauczycielką biologii, pod dozór Dyrektora psychopaty. Nazywaliśmy go Patafil. Te dwa lata zapamiętałam, jako czas wiecznej opresji. Te dwa lata sprawiły, że znienawidziłam w-f na zawsze i nie zmieniło się to ani w ósmej klasie, gdy dostałyśmy nowego, młodego wuefistę (pseudo: Karell Gott), o którym pisałyśmy bardzo zboczone wierszyki, ani w liceum. 

Może i on wcale nie był aż takim psychopatą, jak zapamiętałam. Może leczył swoje kompleksy kosztem uczniów, bo inaczej nie potrafił? Nie wiem. Może z każdym innym nauczycielem, który trafiłby się nam na wuefie w tamtym czasie, byłoby tak samo? Bo może tak naprawdę winny jest system. System, który od tamtego czasu, a mineło dwadzieścia pięć lat, niewiele się zmienił.

Tak naprawdę najgorsze nie było to, że nie miałyśmy w szkole działającego prysznica, więc jak w-f był na pierwszej lekcji, to się potem śmierdziało przez kolejne sześć. Ani porównywanie ciał z innymi dziewczynkami – tego w ogóle nie robiłyśmy. Najgorsze zwyczajnie były OCENY. A tak naprawdę waga, którą Dyrektor przywiązywał do ocen. Którą siłą rzeczy też musiałam zacząć przywiązywać.  

No dobra to, że Dyro rzucał w nas piłkami, kazał nam plewić bieżnię w Dniu Sprzątania Świata, kiedy chcieliśmy iść sprzątać świat i urządzał sobie mecze bokserskie w jednej parze rękawic z czternastoletnimi chłopcami też wkurwiało, ale nie zaważyło na mojej niechęci do wuefu tak, jak atmosfera opresyjnej rywalizacji i kult ocen.

Nagle okazało się, że to super ważne, żeby zajebiście skakać przez kozła i skrzynię.

A ja się kozła panicznie bałam i nie mogłam się wyżalić, tylko zwyczajnie dostawałam pałę. To niesamowicie ważne, żeby szybko biegać – chuj, że nikt nie uczył nas jak biegać, jak oddychać podczas tego biegania, żeby się nie zarżnąć na początku. Ja się zawsze zarzynałam i dobiegałam ostatnia. Na szczęście nie miałam kompleksów związanych z wagą. Miałam tylko kompleks łamagi. Nie wiem, jak bardzo nienawidziłabym wuefu, gdybym do tego wszystkiego była jeszcze gruba.

Nikt wtedy nie miał zwolnienia z wuefu. Tego się po prostu nie robiło w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Pamiętam, jakim szokiem było dla mnie to, że moja przyjaciółka w liceum miała zwolnienie, jako jedyna z klasy. Nie miałam pojęcia, że tak można.

I wiecie co, ja się wcale nie dziwię, że tyle dzieciaków ma dzisiaj zwolnienia z wuefu.

Nie dziwię się, bo w-f może być traumą. Dużo gorszą niż moja. W-f jest od lat nauczany tak samo. Od lat źle. W-f wprowadza chorą rywalizację i różnicuje dzieci na podstawie cech i zdolności, na które tak naprawdę nie zawsze mają wpływ, zwykle nie mają, bardziej niż inne przedmioty. I niby nie jest to przedmiot, który ma w szkole jakiś prestiż, ale raczej nikt nie śmieje się z ciebie, gdy jesteś kiepska z matmy lub biologii. Ot, zdarza się, życie. Ale jak jesteś łamagą to się z ciebie śmieją. I jak jesteś gruby, też. W-f niby nie leży wysoko w hierarchii szkolnych przedmiotów, ale żyjemy w kulcie ciała, w kulcie sprawności fizycznej i kulturze diet, a wszelkie odstępstwo od ideału (a tak naprawdę jakichś niesprawiedliwych wyśrubowanych norm opartych na wynikach najlepszych w twojej grupie wiekowej) to pół oceny niżej i kamyczek do twojej niższej samooceny. 

Minister Czarnek chce walczyć z otyłością u dzieci (przede wszystkim u dziewczynek, bo to według niego większy problem, chociaż statystyki wyraźnie pokazują, że tak nie jest) za pomocą zmuszenia ich do uczestnictwa w dodatkowym wuefie. Takim opresyjnym wuefie jak ten z mojej szkoły sprzed prawie trzydziestu lat, bo przecież nie chodzi o jakąś reformę zajęć, żeby dzieciaki naprawdę chciały na nie z przyjemnością chodzić. To jest zupełnie bez sensu.

Chodzenie na w-f nie odchudzi nagle dzieci z nadwagą, bo to o wiele bardziej skomplikowane.

Deklaracja Czarnka nie zakłada systemowych zmian, które wsparły mi szerzenie wiedzy na temat dobrze zbilansowanej diety – przede wszystkim wśród rodziców, bo dzieci sobie same nie ogarniają jedzenia, nie zakłada wsparcia psychologicznego, nie bierze pod uwagę też tego, że na wybory dietetyczne wpływa też sytuacja finansowa. 

Zakłada za to zawstydzanie. To nie jest tak, że zupełnie nikt nie chudnie przez bycie zawstydzonym swoją wagą. Czasem tak, ale to jest gówniane rozwiązanie. Żyjemy w kulturze diet, więc taplamy się w tym wstydzie i ciągle się odchudzamy. To ma ogromne konsekwencje dla psychiki. Minister Czarnek ma w dupie psychikę dzieci. Deklaruje najprostrze rozwiązania, posiłkując się retoryką opresji skierowaną zwłaszcza do dziewcząt, żeby wyglądało, że zauważa problem, przejmuje się i coś robi. 

Co to da? Jeszcze więcej młodych osób z zaburzeniami odżywiania w kraju, gdzie psychiatria dziecięca leży i kwiczy? O to chodzi? Może by tak najpierw wesprzeć psychiatrię, co?

Czarnek skupia się na tym, że dzieci są za grube, ale to nie jest tak, że jest jeden zły minister, który mówi coś innego, niż sądzą ludzie. Społeczeństwo od lat przecież zaniepokojone jest plagą otyłości wśród najmłodszych, bo przecież jak byliśmy dziećmi to wszystkie byłyśmy chude, i od lat diagnozuje je właśnie w ten sposób: winne są zwolnienia z wuefu. Przy czym problemem społeczeństwa są tu grube dzieci. Problemem nie jest to, że te dzieci traktuje się jako gorsze, że się je zawstydza w związku z ich wagą. Jedyną receptą ma być schudnięcie i wszystko się jakoś ułoży. Ale to tak nie działa. Po pierwsze nie leczy się przyczyn, tylko skutki. Po drugie, nie leczy się nawet wszystkich skutków, tylko te które nam nie leżą, wizualnie nam nie leżą – walczy się z nadwagą, ale z oceniającym i zawstydzającym stosunkiem innych do tej nadwagi już nie. 

Wracając do wuefu. Wiecie jaki w-f byłby fajny? Taki jak w przedszkolu. Bez ocen, bez porównywania, dla zabawy. Czy trudniej byłoby wtedy wyłapytać talenty? Nie sądzę. Stoper można mieć w oczach, zamiast w rękach, a chętnych do trenowania może znajdzie się nawet więcej, jeśli próg wejścia nie będzie tak opresyjny. 

Zobacz także

4 Comments

  1. No pewnie – dlaczego taki przedmiot ma być obowiązkowy? Nasz wuefista najczęściej po prostu rzucał nam piłkę i wychodził z sali. Zero rozmów na temat zdrowego żywienia, trybu życia, ćwiczeń. Tydzień w roku robiliśmy wszystkie biegi i co tam jeszcze było potrzebne i to wszystko. Szkoda gadać…

  2. Popieram ten wpis, nie mówiąc już o nieistniejących
    kompetencjach czarka, to polska szkoła jako całość, ma dużo do nadrobienia. Nie gnojenie uczniów to podstawa. Mi się podobał wf do pewnego stopnia i nie miałam traumy, chociaż oceny za wydolność organizmu nie powinny mieć miejsca. Po koniec szkoły podstawowej i początek średniej dużo chorowałam, ale zwolnienie miałam tylko po dużym zapaleniu płuc. Co nie znaczy, że nie brałam udziału w wuefie. Dostałam gwizdek i sędziowałam siatkówkę czy kosza, a na dworze spacerek naokoło boiska. Ale Marysia była świetnym pedagogiem i nie było u niej gnojenie nikogo. Mimo wszystko oceny powinny zniknąć z wuefu i w większości być zastąpione grami grupowymi. Czego jak czego, ale współpracy w grupie dużo brakuje. Mieszkam w Irlandii i nie wyobrażam sobie wysłania dziecka do polskiej szkoły, z nauką kompletnie zbędnych rzeczy w najgorszy z możliwych sposobów (kucie idiotyzmów na pamięć), za oceny od małego, brak pomocy słabszym uczniom, po oceny z wuefu. Czarek sam nie wie, jak jeść, więc niech spierdala od dziewczynek. Jego dziwny komentarze sugerują pedofilijne podejscie do tematu.

  3. Też miałam chorą wuefistkę w ogólniaku, w pierwszej klasie. Niejedna dziewczyna przez nią płakała… Na szczęście w podstawówce wf był ok i ten rok w ogólniaku nie pozostawił takiej traumy.
    Teraz mieszkam w USA i moje dzieciaki na wuefie nie są oceniane za umiejętności, ale za uczestnictwo i postępy, więc np. dzieci, które trenują koszykówkę poza szkołą wcale nie są lepiej oceniane od dzieci nie chodzących na dodatkowe zajęcia.

  4. Podpisuję się wszystkimi kończynami pod całością, zwłaszcza pod ostatnim akapitem. Mam podobne wspomnienia. Pamiętam w-f jako niekończącą się traumę, okres był błogosławieństwem, bo można było być niedysponowanym, po każdej chorobie prosiłam o jak najdłuższe zwolnienie. Do presji ze strony nauczycieli dochodziła presja ze strony rówieśniczek, te bardziej wysportowane gnoiły te słabsze, wolniejsze i mniej skoordynowane ruchowo. Potem w liceum miałam basen, gdzie jedynym warunkiem zaliczenia była obecność (nie trzeba było nawet umieć pływać), ćwiczenia były takie ogólnorozwojowe i to była dla mnie wielka przyjemność. Ale trauma z podstawówki, niby idiotyczna, gdzieś tam we mnie nadal jest. Na przykład, nie cierpię wszelkich zajęć grupowych i z trenerem. Joga, aerobik, pilates? Oczywiście, ale przed ekranem komputera. Kilka razy w życiu się przemogłam i w trakcie czułam się okropnie, zwłaszcza gdy trenerka zwracała mi na coś uwagę przed grupą. Miałam ochotę się rozpłakać albo zwymiotować, bo ktoś mi mówi „pochyl się głębiej, wyprostuj plecy” a miałam trzydzieści lat i sama za te zajęcia zapłaciłam! Na siłownię w życiu nie pójdę, bo jeszcze ktoś zwróci mi uwagę, że źle wykonuję jakieś ćwiczenie albo nie umiem obsługiwać maszyny 😉 Ba, to samo uczucie pojawiło mi się, gdy na studiach już oglądałam z młodszą siostrą film „Kurczak mały”, ze sceną, w której głównego bohatera nikt nie wybiera do drużyny 😉 Serio, empatyzowałam z kurczakiem, gnojonym przez młode wilczki i kaczuszki, i chciało mi się płakać.

    I zachodzę w głowę, jak to jest, że nawet kiedy nasi miłościwi rządzący zabiorą się za coś, za co rzeczywiście powinni się zabrać, to zawsze i tak zabierają się do tego od d*** strony… No żesz kurde dlaczego???

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Obserwuj