Płynna strefa komfortu

img 1940 - Płynna strefa komfortu

Czy morsowanie leży poza moją strefą komfortu? Nie wiem. Po prostu nie lubię zimnej wody. Do Bałtyku nie wchodzę głębiej niż do kostek nawet latem. To nie gryzie się wcale z moim uwielbieniem dla mórz północnych. Ale mogę kochać je najbardziej na świecie, siedząc na plaży i patrząc na statki. 

(Za rok nikt nie zrozumie, o czym jest ten wstęp, bo pewnie zapomnimy o całym szale morsowania. Na szczęście ten wpis wcale nie jest o morsach.)

Są dwie szkoły wychodzenia ze swojej strefy komfortu. Jedna: małymi kroczkami. Druga: skokiem na głęboką wodę. Istnieje też, poniekąd słuszna, szkoła niewychodzenia.

Strefa komfortu jest nam potrzebna. Jest miękkim kocykiem, w który można otulić się w mroźny, nieprzyjazny dzień. Nie ma obowiązku wychodzenia z niej. A już na pewno wychodzenia wbrew własnej woli.

Nie umiem w małe kroczki. Jak już wyskakuję ze strefy komfortu to tylko na szczupaka. Może to zwyczajnie oznaczać, że moja strefa komfortu jest płynna. Albo że nigdy nie było jej tam, gdzie myślałam, że jest, skoro nie uczyniło mi to wyjście wielkich szkód. Być może to był tylko zwykły strach przed pływaniem.

Teoretycznie łatwiej byłoby nie rzucać się na głęboką wodę. Wychodzić z tej strefy powoli, acz skutecznie, przekształcając swoje lęki w nowe nawyki. Gdzie tam! Nigdy w życiu! Zgodzę się wyjść ze swojej strefy komfortu, zanim zdążę pomyśleć o jej granicach. Potem sobie przypomnę i będę się bać jak cholera, ale jeśli zacznę rozmyślać i poproszę o czas na zastanowienie, nic z tego nie będzie. Jeśli nie działam pod wpływem impulsu, nie działam wcale. Po prostu zaczynam coś robić, dopiero potem planuję. Właściwie nie polecam mojej metody.

Tak jest na przykład z wystąpieniami publicznymi. W zasadzie leżą one poza moją strefą komfortu. Nie zawsze tak było. Jako dzieciak lubiłam robić wokół siebie dużo szumu i nawet do głowy mi nie przychodziło, że można się tego bać. Wiecie co mnie zmieniło? Porażki. To jest bardzo głupie, bo te porażki wzięły się ze złośliwości rzeczy martwych, ale ziarno zostało zasiane. Wmawia się nam, że jedno, najmniejsze nawet niepowodzenie, przekreśla wszystko. Nie ma nic gorszego niż się ośmieszyć, prawda? Występowanie przed ludźmi przestało być czymś, co robiłam bez zastanowienia. Zaczęło budzić we mnie lęk. W końcu uznałam, że tego nie potrafię. To też nie stało się tak całkiem od razu, tylko narastało we mnie przez lata, w których po prostu zaniechałam tej czynności.

I nadal jest tak, że to budzi we mnie lęk. Ale jak zadzwonisz do mnie z prośbą o przemowę na proteście przed tysiącami ludzi albo o poprowadzenie twojego spotkania autorskiego, czy cokolwiek innego, do czego zdołam się przygotować, zgodzę się od razu. Skaczę albo na głęboką wodę albo wcale. Tak wyszłam ze strefy komfortu, w której nie było miejsca dla występów publicznych. To znaczy ja z niej wychodzę za każdym razem od nowa. Chyba że wcale nie wychodzę, bo ona nie istnieje. Dopuszczam też taką możliwość.

Być może jest tak, że czasami mylnie rozpoznajemy nasze strefy komfortu. Nie jesteśmy ze sobą do końca uczciwi. Zamykamy się w strefach innych ludzi. Mam wrażenie, że sama czasem się w nich zamykam dla świętego spokoju. Chociaż może tym właśnie jest ta strefa: świętym spokojem.

Są dni, gdy strefa jest węższa. Są dni, gdy jest szersza. Dajmy na to dzwonienie do obcych ludzi. Moja pierwsza praca na etacie polegała na dzwonieniu do obcych ludzi. Nienawidziłam jej i odeszłam stamtąd po okresie próbnym, chociaż z zupełnie innych powodów niż fakt wykonywania telefonów. W ogóle nie wiedziałam, że ludzie mogą mieć z tym problem, póki nie usłyszałam, że są tacy, dla których to jest wielki problem. W pewnym momencie sama założyłam na siebie tę blokadę. Niedzwonienie weszło do mojej strefy komfortu. Nie wiem, kiedy mi przeszło. Są jednak dni, gdy nie jestem w stanie wykonać żadnego telefonu i dochodzi do tego, że piszę do ludzi z pracy w głupich sprawach, o których szybciej byłoby pogadać. Zagrzebuję się w strefie komfortu, w której nie dzwonię. Potem mi przechodzi.

Moja strefa komfortu nie ma ustalonych granic. Być może wasze też tak mają. Wychodzę z niej raczej łatwo, ale niekoniecznie na zawsze. Nie twierdzę, że to źle.

Zobacz także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Obserwuj