Seksistowscy pisarze. Czytać, czy zapomnieć?

books3 - Seksistowscy pisarze. Czytać, czy zapomnieć?

Dzisiejszy wpis będzie krótką polemiką z tekstem pisarki Sigal Samuel opublikowanym na stronie „Electric Lit”, który to tekst polecałam Wam niedawno w Dzielniku. Właściwie nie tyle polemiką, bo z większością jej tez się zgadzam, lub uważam za warte uwagi, co próbą spojrzenia z innej strony. Już Wam tłumaczę, o co chodziło.

Otóż Samuel, przytaczając anegdotę o tym, jak to trudno w jej środowisku intelektualistek z Nowego Jorku przyznać się, że się lubi czytać pisarzy, którzy albo byli/są seksistami, albo bywają o seksizm posądzani (to wręcz akt odwagi), wysnuwa tezę, że czytanie takich autorów powinno być wręcz obowiązkowe, jeśli sama jesteś pisarką.

Według niej ci pisarze seksiści powinni zostać ocaleni od zapomnienia nie tylko dlatego, że gdyby chcieć wyrzucić z historii literatury wszystkie książki, których autorzy byli mizoginami, homofobami, antysemitami czy rasistami, to niewiele by zostało. To ponury fakt, ale chodzi jej przede wszystkim o to, że kobiety mogą wyciągnąć dla siebie coś ważnego z czytania książek seksistowskich autorów. Wymienia Bukowskiego, Hemingwaya, Rotha czy Millera.

Na marginesie przyznam się Wam, że to nigdy nie byli pisarze, którzy leżeli w kręgu moich zainteresowań. Dość powiedzieć, że Hemingwaya znam tylko z obowiązkowej lektury o łowieniu ryby. Tu przyznaję się do ignorancji. Ale przecież wszyscy znamy i czytamy pisarzy, których twórczość aż kipiała od seksizmu i stereotypowych, krzywdzących przedstawień kobiet. Tak jak pisze Sigal Samuel, gdyby wyrzucić ich z biblioteki, niewiele by w niej zostało. I to naprawdę fascynujące jak przechodziłyśmy nad tym do porządku dziennego podczas omawiania lektur. Kobieta puch marny. I ta zła Izabela. Sama mam niecny plan ponownego przeczytania „Lalki”, by wynotować sobie wszystkie te momenty, gdy Prus powinien był oddać Łęckiej sprawiedliwość i napisać, że nie byłaby taka zblazowana, gdyby jej klasa społeczna pozwalała swoim przedstawicielkom pracować, do czego wzywała m.in. współczesna mu Orzeszkowa. A Wokulski nie powinien stalkować kobiety, która nie go nie chce, kropka.

Ale zostawmy „Lalkę”, bo się zagotuję. Wróćmy do tekstu Sigal Samuel. Są dwie tezy, z którymi nie mogę się zgodzić. Pierwsza to ta, że jesteśmy zawsze w stanie oddzielić ziarno od plew i wyłapujemy seksizm w książkach bez większego problemu, a insynuowanie, że tego nie potrafimy ubliża naszej inteligencji. Zdefiniujemy go i powiemy „meh”. No chyba ty! No chyba też ja. No chyba wiele z nas.

Ale do cholery nie wszystkie.

A wiecie dlaczego? Bo seksizm jest tak wrośnięty w naszą kulturę, że staje się niewidzialny. Jest neutralny. Wiele jawnie seksistowskich zachowań nie jest uważanych za nic złego, czy dziwnego. Mówimy, że tak po prostu jest. Czasem czujemy się z tym nieswojo, a czasem wcale nie. Poleciłabym autorce lekturę komentarzy w polskim internecie pod randomowym tekstem wypominającym seksizm. Podejrzewam, że nie tylko w polskim, ale za ten akurat ręczę. Kultura gwałtu i syndrom sztokholmski mają się dobrze. I nie trzeba nam nawet seksistowskich pisarzy, bo są pisarki z tym syndromem, które piszą o nim książki. Zupełnie niekrytycznie. Zupełnie nieironicznie. Zupełnie badziewne, ale nie w tym rzecz. Jak Blanca Lipińska, która sprzedaje bestsellery o tym, że w sumie gwałt i przemoc w związku jest spoko, ważne że łobuz kocha. Jeśli to nie jest normalizacja seksizmu i przemocy wobec kobiet, to nie wiem, co nią jest.

Oczywiście Sigal Samuel przemawia z samego środka bańki intelektualistek z Nowego Jorku. W bańce, nawet mojej bańce, można mieć wrażenie, że wszyscy wyłapują seksistowskie teksty i wiedzą, że są złe, ale tak nie jest. I nie dlatego, że czytający są głupi. Tylko dlatego, że wciąż żyją w kulturze, w środowisku które mówi im, że to normalne. Nie mam tu na myśli kultur według klucza geograficznego. Czasem to po prostu dom. A czasem szkoła. Świat jest większy niż Nowy Jork.

Zresztą, poprawcie mnie, jeśli się mylę, bo już od dawna nie chodzę do szkoły: czy ktokolwiek na polskim zwraca uwagę na to, że jakiś autor uznanego dzieła pisze bzdury o kobietach? A może bzdury o ludziach o innym niż biały kolor skóry? Czy wciąż nie wychodzi się poza tłumaczenie wszystkiego czasami, w jakich komu przyszło żyć?

To raz. A dwa?

Dwa to sedno rozważań Samuel. Czego możemy się jako pisarki nauczyć od seksistowskich pisarzy. Według niej, jeśli chcesz tworzyć postaci seksistów (a chcesz, bo bez nich świat byłby niekompletny, chyba że piszesz utopię) po to, by seksizm krytykować bez nudnego i grafomańskiego moralizatorstwa, powinnaś czytać seksistowskich męskich autorów.

I powiem Wam, że coś w tym jest. Bo nie da się pisać, jeśli się nie czyta. Ale czy naprawdę bez przeczytania książek tych wszystkich autorów, nie umiałybyśmy opisać mechanizmów seksizmu? Stworzyć bohatera-mizogina? Czy nie znałybyśmy tych postaci, gdybyśmy nie spotkały ich na kartach czytanych latami książek?

Ależ znamy ich doskonale i bez literatury. Znamy ich aż za dobrze z życia. Jeśli jesteś dobrą obserwatorką, w kilka minut ulepisz taką postać z obleśnych wujków, szefów z przerośniętym ego, nawet swoich ex, nawet oponentów z dyskusji na facebooku. Mamy tego w opór, bo nasza kultura wciąż jest przesiąknięta seksizmem.

To nie znaczy, że mamy palić książki. Albo że mamy ich nie czytać. To znaczy tylko, że dobrze byłoby czytać je krytycznie. Nie wszyscy mają taką możliwość i to nie jest kwestia intelektu lecz doświadczeń. Niekoniecznie też nauczono nas tego w szkole, gdzie nacisk kładziony był na to, co autor miał na myśli. A ważniejsze od tego, co on sobie myślał jest to, co ty o tym myślisz.

Zobacz także

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Obserwuj