Miejsce przeszłości jest w przeszłości

stfrugo 940x627 - Miejsce przeszłości jest w przeszłości

Historia tego tekstu zaczyna się od kolorowej furgonetki z logiem Frugo, która pociągnęła za sobą następujący ciąg skojarzeń. Pamiętacie czasy, gdy nie było Frugo? Na początku nowego milenium ze sklepowych półek zniknęły butelki z owocowym napojem w neonowych barwach, które według niektórych definiowały lata 90. Całe pokolenie czekało na jego powrót prawie dziesięć lat. W tym czasie jego smak i znaczenie obrosły legendą. Co się stało wraz z jego powrotem? Ano nic wielkiego. To już nie było to samo, nawet jeśli smakowało podobnie. Pokolenie Frugo wyżej ceni sobie rynek zdrowych przekąsek, a młodsze nie do końca wiedzą o co halo. Okazało się, że najlepsze czasy dla Frugo to te, w których nie można było go dostać. Tam wciąż otacza je nimb kultowości.

Powrót Frugo nie był jednak żadną finansową klapą. Dość powiedzieć, że napój wciąż się sprzedaje i wprowadzane są nowe smaki. Nie wszystkie powracające po latach uznawane za kultowe marki spotkał podobny los. Około roku 2009 próbowano przywrócić Currarę, pamiętny zapach późnego PRL (trochę podróbę Poison Diora). Z oryginału, który miał wzbudzać nostalgię, nie zostawiono jednak nic poza nazwą. Nowe opakowania, nowe zapachy. Nikt się na tak podany powrót do przeszłości nie nabrał, więc trzeba było powiedzieć “Curraro żegnaj”. Nie zawsze się udaje. Ale próbować warto, bo mało co sprzedaje się tak dobrze jak nostalgia, a ludzie nigdy nie przestaną myśleć, że kiedyś było lepiej. Najlepiej było oczywiście w czasach, gdy byliśmy dziećmi, czy raczej w wyobrażeniach o tych czasach. Te wyobrażenia buduje popkultura, przedmioty i strzępki pamięci, które nie chcą pozwolić nam zostawić przeszłości tam, gdzie jej miejsce. Czyli w przeszłości. Zwykle dostajemy prawdziwego fioła na jej punkcie po przekroczeniu trzydziestki. Być może zaczyna się nam wydawać, że nie nadążamy za technologiczną współczesnością, chociaż to właśnie my jesteśmy w jej centrum i to my ją tworzymy. A może po prostu to wstęp do kryzysu wieku średniego, który czeka nas za dziesięć lat. Prawdopodobnie któreś z tych czynników stoją za modą na dekady, w których trzydziestolatkowie byli dziećmi i tak chętnie grającą nostalgiczne nuty amerykańską popkulturą.

Amerykańska popkultura wałkuje nostalgię nie od dziś. Weźmy chociażby “Powrót do przyszłości”, film należący dziś do nostalgicznego kanonu, sam bazował w dużej mierze na zbiorowej pamięci trzydziestolatków wychowanych w latach 50. (to przecież do tej dekady cofa się Marty McFly w pierwszej części). Dla nas baaardzo retro, dla twórców hitu z lat 80., czasy dzieciństwa. Z kolei trochę młodsze “Cudowne lata”, które w dużym stopniu definiują nasze telewizyjne wspomnienia z lat 90., to nostalgiczna podróż amerykańskich trzydziestolatków w lata 60., gdy wkraczali w wiek dorastania. Czyli co? To nie millenialsi wymyślili tę wstrętną nostalgię? No nie. Ale zdaje się, że uczyniliśmy z niej sztukę. A na pewno lubimy się w niej babrać, analizować i wydawać na nią pieniądze.

stfrugo - Miejsce przeszłości jest w przeszłości

I tu przechodzimy już do Stranger Things. Wiem, że na to czekacie.

Drugi sezon to już prawdziwa nostalgiczna incepcja. Nie dość, że wciąż gramy tęsknotą za kinem młodzieżowym lat 80., to na dokładkę dostajemy jeszcze nostalgię za pierwszym sezonem. Zżyliśmy się w końcu z tymi bohaterami i czekaliśmy rok by dowiedzieć się, co będzie dalej. A dalej mamy niewiele więcej niż powtórkę. Tak jak sezon pierwszy odtwarzał niemal dosłownie klisze z lat 80., tak drugi na nowo ogrywa to, co znamy już z jedynki i w tej drugiej serii niestety mocniej widać słabości scenariusza. A największą z nich jest sztampa. Nie raz i nie dwa zachowania bohaterów wydają się zupełnie irracjonalne. Mają bowiem zawsze na celu (i nieważne, że kosztem sensu), doprowadzenie postaci z punktu A do punktu B – punktu, który w takiej historii musi obowiązkowo się pojawić- albo wręcz przeciwnie: niedoprowadzenie do tego drugiego punktu zbyt wcześnie (jak wtedy, gdy El podsłuchuje rozmowę Mike’a z Max i myśli sobie niewiadomo co). Mamy też całą galerię potraktowanych przedmiotowo postaci, o których wiemy, że muszą zginąć, dostać w ryj lub zniknąć przedwcześnie, bo przeszkadzają (ich zadaniem jest przeszkadzanie), tudzież mają za zadanie jedynie doprowadzenie postaci do kolejnego przystanku.

Bracia Duffer nie wychodzą poza to, na co pozwoliliby sobie, gdyby naprawdę przyszło im tworzyć serial w latach 80. Jest taka scena, gdy chłopcy kłócą się, który z nich może przebrać się na Venkmnana z “Pogromców duchów”. “Nie możesz być Venkmanem!”. “Bo co, bo jestem czarny?” – pyta Lucas. Myślisz sobie: czyżby twórcy przemycili do tej rozrywkowej produkcji kwestie rasowe, czyżby do świata Stranger Things pukał prawdziwy świat? Ale to tylko chwilowe odchylenie w stronę bardziej wyczulonej na tło społeczne współczesnej narracji. Tymczasem Stranger Things tkwi głęboko w narracji z przeszłości. Bo takie ma zadanie.

Chcemy oglądać ten świat z wyobrażonej przeszłości, w którym dzieci biegają same nocą po lesie, a rodzice w ogóle nie przejmują się (poza wiecznie umęczoną Joyce Byers graną przez Winonę Ryder), co robią ich pociechy, mimo że nie widzieli ich już dwa dni. W końcu wychowaliśmy się na trzepakach, budowaliśmy bazy w lesie i żywiliśmy się mułem rzecznym i dżdżownicami. I nikt nie umarł i nikt nie narzekał. Tak przynajmniej chcemy pamiętać tę naszą beztroską przeszłość i nie ma w tym nic złego. Stranger Things doskonale wpisuje się w tę potrzebę. Bo to co prawda w Ameryce, ale prawie o nas. Nakręcone tak, że oglądamy to z wypiekami na twarzy przywołując na chwilę stan umysłu z czasów dzieciństwa, zakładając przymałe okulary, które pozwalają czerpać z tej opowieści dziecięcą radość. Tylko w ten sposób da się ten serial oglądać bez poczucia, że miejsce przeszłości jest jednak w przeszłości. Inaczej smakuje jak Frugo. Dobrze, ale jednak wiesz, że wysoko w składzie jest cukier i lepiej nie pić go zbyt często.

Zobacz także

2 Comments

  1. nie oglądałam stranger things, więc w tym temacie się nie wypowiem, ale na maksa tęsknie za dziecinstwem, za latami 90 i nie zgodzę się z Tobą w kwestii przeszłości. Jak wróciły dumle to z miejsca je znowu pokochałam, tak samo gwiazdki z milki, tak samo przysmak świętokrzyski, kwaśne żelki i mnóstwo innych pierdół. Muzeum PRL’u jest dla mnie jak drugi dom, w którym chciałabym zamieszkać. To nie nostalgia, to tęsknota za łatwiejszym, prostszym życiem bez telefonów, blogów i sieci.

    1. Tęsknota za łatwiejszym, prostszym życiem bez telefonów, blogów i sieci to w sumie też nostalgia. W sumie też czasem za tym tęsknię. Dziś rano na przykład złapałam się na wspominaniu roku, gdy wyjechałam z domu na studia i nie miałam wtedy ani komórki, ani nawet maila, a matka musiała do mnie dzwonić do akademika, gdzie przełączali ją do aparatu na moim piętrze. To życie chyba nie było dla mnie ani łatwiejsze, ani prostsze, ale na pewno mniej się wtedy wszystkim przejmowałam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Obserwuj