Czy to naprawdę są tematy zastępcze?

zz1 940x627 - Czy to naprawdę są tematy zastępcze?

Ilekroć wypływa jakiś temat zmian w prawie, związanych z prawami człowieka, nie mówiąc już o szeroko pojętych „sprawach światopoglądowych”, opinia publiczna musi bezwzględnie przypomnieć oburzonym, że oto ich święte oburzenie jest nieważne. Albo co najmniej mało ważne. Albowiem rząd zawsze próbuje w ten sposób przykryć przeforsowanie czegoś gorszego. Albowiem są to tematy zastępcze. Albowiem gospodarka, głupcze. No więc, serio?

W sprawie planowanego zaostrzenia prawa aborcyjnego oczywiście już też pojawiły się w sieci głosy, że rząd pod osłoną nocy (gdy wszyscy zajmują się aborcją) przepchnie nam coś stokroć gorszego. Jeśli nawet, to czy jest to argument za tym, by darować sobie zainteresowanie tym podobno zastępczym tematem? Darować sobie oburzenie i protesty? Znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że wystarczający.

Przyznam, że czekałam, aż pojawią się takie głosy, bo one są przy podobnych sprawach bardziej niż pewne. Ilekroć pojawiały się tematy takie jak np. in vitro, związki partnerskich albo prawa zwierząt (to tylko mała część!), automatycznie ujawniali się tropiciele tematów zastępczych. To prawie jak tropiciele teorii spiskowych. Tematy zastępcze zawsze przykrywają coś większego, odwracają uwagę opinii publicznej od istotnych spraw: kulejącej gospodarki, podwyżek podatków, zamachów na nasze kieszenie. I w sumie ci tropiciele trochę racji mają, bo praktyka tę rację zdarzała się nie raz potwierdzać. Tylko czy deprecjonowanie kwestii istotnych dla wielu jednostek ludzkich, kwestii istotnych również ze względu na podstawowe prawa człowieka, czasami kwestii życia i śmierci jest w porządku? Mam serdecznie dość takiego gadania. Niestety muszę słuchać tego często nie tylko w mediach, ale też w codziennym, życiowym realu.

Bo z tego gadania wynika najczęściej, że wszystko dobrze, póki gospodarka silna. Wszystko dobrze, póki mnie rząd nie trzepie po kieszeni. Najważniejsze, żeby mnie rząd nie okradał. Żeby podatki były niskie. Poza tym, nie obchodzi mnie nic, bo przecież to jest najważniejsze. Na tym kończą się moje zainteresowania sprawami publicznymi. Poza tym, hulaj dusza, piekła nie ma. Czy aby na pewno?

Jasne, gospodarka jest ważna, a hajs powinien się zgadzać. Tylko za jaką cenę? Można odnieść wrażenie, że z takiego gadania wypływa głęboka obojętność i straszna krótkowzroczność. To niby tylko gadanie. Gadanie, które pewnie nie zawsze niesie ze sobą taką samą treść. Ale gdyby je zebrać do kupy i uogólnić, gdyby wyobrazić sobie, że to jednak pogląd większości, a przynajmniej pogląd, który ludzie myślący w pewien specyficzny sposób, próbują narzucić innym jako prawdę objawioną, brzmi to naprawdę bardzo ponuro. Nawet jeśli samo w sobie jest małą nainterpretacją ludzkiego gadania.

Jesteśmy zniewoleni, ale przynajmniej mamy pieniądze.

To jest treść, to jest przekaz, który dociera do mnie, gdy słyszę takie głosy. Być może, do Ciebie trafia coś innego. Być może interpretujesz to inaczej. Ja interpretuję to właśnie tak. Mogłabym po prostu tego nie słuchać, przymknąć oko, ale zwyczajnie nie potrafię. To jest takie gadanie wynikające z krótkowzrocznego myślenia. Myślenia nie tylko odartego z empatii, ale też z odrzucenia szerszego spojrzenia, naczyń połączonych, złożoności świata. A przecież są osoby, dla których „tematy zastępcze” są tematami ich życia, zdrowia czy wolności. Czasami te tematy dotyczą nas wszystkich. Piszę to bardzo ogólnie, bo myślę, że z łatwością potrafisz ułożyć własną listę.

Gdy szukam przyczyn takiego punktu widzenia, natychmiast myślę o pułapce neoliberalizmu. To jedna, ale z pewnością nie jedyna przyczyna. To jest ideologia, którą jako społeczeństwo przyjęliśmy za pewnik na początku lat 90. i  nie dość, że nie potrafimy przez nią spojrzeć szerzej na kwestie ekonomii, która wcale nie ma jednego imienia, to jeszcze zaniżamy wartość spraw, które ekonomią nie są. Od lat 90. jako społeczeństwo bardzo wierzymy w wolność. Gospodarczą. Każdą inną wolność jesteśmy skłonni poświęcić na jej ołtarzu, bo tak nas wychowali. Naprawdę już od dawna problemem polskiego społeczeństwa nie jest spadek po PRL. Naszym problemem jest spadek po latach 90. i snach, w które wtedy uwierzyliśmy. Wolny ma być rynek, moja kieszeń ma być pełna, a cała reszta zrobi się sama. Albo zrobi się, gdy już wszyscy będziemy piękni i bogaci, a przecież wciąż jesteśmy nienasyconym społeczeństwem. Otóż się nie zrobi. Otóż jest to zwyczajna obojętność tak mówić.

Zobacz także

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Obserwuj